Dzisiaj w roli głównej kawa! Baaardzo dużo kawy! :)
Jeszcze zanim założyłam bloga i instagram, robiłam zdjęcia wypitych przeze mnie kaw. Ot taki mały bzik ;) I nazbierało się tych fotek tyle, że uznałam za fajny pomysł umieszczenia ich w jednym miejscu. Mój blog idealnie się w tym celu nadaje. A kawę uwielbiam! Piję jej mnóstwo, próbuję różnych smaków i kombinacji i ciągle nie mam dość. W każdym miejscu, w jakim się pojawiam, szukam okazji do wypicia dobrej (choć z tym bywa różnie) kawy. Wrzucam tu zdjęcia kaw z kawiarni, wariacji na ich temat, kaw zrobionych przeze mnie i przez moich bliskich, wypitych ze znajomymi, na wyjazdach itp. A od jutra... będę robiła następne zdjęcia! Na część drugą ;)
Aha, zaparzcie sobie kawę do tego posta, bo po pierwsze nabierzecie na nią ochoty, a po drugie zdjęć jest tyle, że ich obejrzenie zajmie trochę czasu... ;)
Zacznę od tego, że to będzie naprawdę krótka recenzja, bo zupełnie nie wiem, co mam napisać o tej książce. A nie wiem tego, bo jest ona z zupełnie innej bajki niż to, co dotąd czytałam i co znajduje się w spektrum moich zainteresowań. To po co w ogóle ją czytałam? O tym poniżej...
Wieczny Grunwald to książka, którą Szczepan Twardoch napisał na okoliczność 600 rocznicy bitwy pod Grunwaldemi to mogłoby sugerować, że sięgnęłam po nią z racji interesowania się historią bądź właśnie Grunwaldem. Otóż nie (choć i historia i Grunwald są mi w pewnym stopniu znane), sięgnęłam po ową rzecz ze względu na jej autora. Co niektórzy (np Niemąż czy Gosia ;) wiedzą, że darzę Szczepana Twardocha absolutną miłością platoniczną. Jest On dla mnie niemal uosobieniem męskości i czytać Go będę wiernie i wiecznie. Amen. A żeby nie być gołosłowną zaczęłam od Wiecznego..., choć na półce czekają słynna Morfina i świeżutki Drach. Po prostu padło na nią tym razem...
No to przeczytałam... Czytałam ją trochę zbyt długo jak na jej objętość, a spowodowane to było tym, że nie mogłam się w nią należycie wgryźć i przeszkadzały mi w czytaniu liczne archaizmy, słownictwo potoczne, staropolskie, gwara itp. Ale jak pokonałam do nich niechęć i nieco przywykłam, to już poszło. Książka ta to monolog Paszka, nieślubnego syna króla Kazimierza, który zginął w bitwie pod Grunwaldem, a mimo to odradzał się wiele razy. To bohater mający w sobie krew polską i niemiecką, który nigdzie nie czuje się u siebie czy na miejscu. I to wieczne rozdarcie towarzyszy mu przez całą powieść. Przy każdym odrodzeniu towarzyszyła Paszkowi historia, walka, trudności i kolejna śmierć. Bohater miota się w różnych bytach, czasach, zdarzeniach i bardzo swobodnie przemieszcza się między tym, co teraz a tym co było i dopiero będzie. Dużo tu śmierci, umierania, rozważania nad ludzką dolą, słabością i marnością. Stąd książka ta nie jest ani łatwa, ani przyjemna, ani do połknięcia w trzy godzinki... Ale nie mogę powiedzieć, że jest słaba czy zła, a czas jaki jej poświęciłam zmarnowany. Dla mnie to zupełnie nowy odłam literatury, nowe spojrzenie na to, jak można pisać. Zatem ciekawe i intrygujące doświadczenie. I stwierdzam, że to pisanie bardzo przystaje do mojego widzenia pana Twardocha. To literatura zdecydowanie męska, mocna, przesycona tym, o czym niekoniecznie chcemy myśleć (a tym bardziej widzieć) na co dzień. W każdym razie książka ta rozbudziła mój apetyt na kolejne książki Twardocha i już jestem ciekawa, jaka przygoda czeka mnie podczas ich czytania. Ale dla odprężenia i dawkowania sobie trudnej, mocnej literatury, sięgnęłam teraz po coś lekkiego i łatwego. Trudno mi Wieczny Grunwald określić jednym słowem, więc nie będę tego robiła. Tak jak nie będę go polecała każdemu, bo i nie dla każdego to książka. Po przeczytaniu jej uznałam Wieczny Grunwald za dobrą, mocną i trudną powieść. I tak to zostawię...
S. Twardoch, Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów, Wyd. Literackie, Warszawa 2010, s. 210
Szaleństwo okołoświąteczne w pełni i mnie również ono nie omija, nad czym ubolewam ;) Szczęśliwie nie muszę gotować (robię tylko dwie sałatki), ale już porządki i zakupy są na mojej głowie. Postanowiłam się jednak od tego oderwać i napisać o wyjątkowej książce, którą skończyłam czytać kilka dni temu...
Delikatna równowaga mnie zachwyciła, czego zupełnie się nie spodziewałam. Bo chociaż wiedziałam "z grubsza" o czym opowiada i czego dotyczy, to jednak nie mogłam przewidzieć, że zawładnie mną i moimi myślami tak bardzo... A tak się właśnie stało.
Indie, a dokładniej Bombaj (choć jego nazwa w książce nie pada, to można się tego bez trudu domyślić), lata 70te, stan wyjątkowy wprowadzony przez premier Indirę Gandhi, zawieruchy polityczno-społeczne, konflikty kastowe... W takich okolicznościach poznajemy głównych bohaterów powieści: dwóch krawców (wuja i bratanka), Ishvar'a i Omprakash'a, którzy w poszukiwaniu lepszego jutra z rodzinnej wioski wyruszają do dużego miasta; Dinę Dalal, mieszkankę miasta, wdowę, wiodącą samotne, nieszczęśliwe życie oraz nastoletniego Maneck'a, który przybył do tego samego miasta na studia, porzucając sielskie i dostatnie życie w pięknej, górskiej okolicy. Losy tej czwórki splatają się pewnego dnia i już do końca powieści zostaną nierozłączne. A losy to niewesołe, ciężkie, naznaczone ogromną dawką trudności, nieszczęścia i cierpienia, osłodzone zaledwie odrobiną (niczym łyżeczką cukru) tych lepszych, spokojniejszych chwil, bo o szczęściu nie ma tu nawet mowy. Cała czwórka z czymś się zmaga, walczy o byt, o godność, o każdy kolejny dzień... I tylko przez krótki czas wydaje się, że już jakoś to będzie, że pewniej, spokojniej, bardziej ludzko i godnie. Delikatną równowagę się nie czyta, a chłonie. Nie mogłam się oderwać! Czytałam i odkładałam niemal z fizycznym bólem, że muszę się z nią rozstać, a przecież wiedziałam, że wkrótce do niej wrócę. To niesamowite, jak bardzo zżyłam się z bohaterami tej książki. Kiedy czytałam o kolejnych klęskach i niepowodzeniach (głównie krawców), to przeżywałam je niczym własne i mocno wierzyłam, że ich los w końcu się odmieni, bo przecież nie można mieć całe życie pod górkę i zbierać razów, za razem. Naprawdę miałam nadzieję, że kolejny rozdział będzie lepszy i wreszcie przeczytam o powodzeniu bohaterów. Tak się nie stało... Nie zdarzyło mi się dotąd uronić łzy przy czytaniu, ale przy tej powieści byłam tego bliska. Tak bardzo przeżywałam losy Ishvara i Oma, tak bardzo liczyłam, że w końcu szczęście się do nich uśmiechnie, że wszystko się im ułoży. Nie ma słów, które wyraziłyby to wszystko, co czułam (i zostało we mnie) czytając książkę Mistry. Nie mogę jeszcze nie wspomnieć o szoku, jaki wywołały we mnie opisy codziennego życia w Indiach, gdzie ludzi z niższych warstw społecznych ma się po prostu za nic... To niewiarygodne, że gdzieś może tak być. To zupełnie inny świat, inne obyczaje, inne wszystko. To poniekąd też powodowało, że czytałam jak natchniona.
Założyłam sobie, że to będzie krótka, zwięzła recenzja, ale jednak ciut "popłynęłam", a mogłabym tak jeszcze długo, bo myśli wciąż mi się w głowie kłębią i nie chcą odczepić. Wciąż jeszcze żyję tym, co przeczytałam i pewnie jeszcze sporo czasu minie, nim moje myśli zaabsorbuje coś zupełnie innego. Delikatną równowagę BBC umieściło na liście "100 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią". Nie wiem, czy tej książce jest to potrzebne i czy w ogóle takie listy mają sens... Pewnie ilu ludzi, tyle opinii. Choć po jej przeczytaniu wiem, że idealnie do owej listy pasuje, to ja jednak polecałabym ją przeczytać ze względu na jej treść i emocje, jakich dostarcza, a nie dlatego, że figuruje na jakiejś tam liście. A książka to wybitna, wyjątkowa, pełna emocji, niesamowita, porywająca i tylko szalenie smutna i przepełniona bólem i nieszczęściami. Doprawdy niewiarygodne jest, ile człowiek może udźwignąć i znieść...
Polecam! A właściwie nakazuję ją Wam (czytającym, oczywiście) poznać. Właśnie tak!
Delikatna równowaga, R. Mistry, Wyd. Drzewo Babel, Warszawa 2014, s. 688
BONUS
Za oknem wiatr, deszcz, ciemno... Jak jesienią, a nie kilka dni przed grudniowymi świętami. Zapalone świece i kominek zapachowy ocieplają wnętrze i nastrój. A do tego muzyka- przepiękna, mocno klimatyczna, smutna, melancholijna. Od nowego albumu islandzkiego Sólstafir od kilku dni nie mogę się oderwać. Genialny! Jak książka, o której dziś napisałam. Poznajcie tę grupę, tę płytę ("Otta"), nawet jeśli nie słuchacie metalu, bo jego tu jak na lekarstwo, a muza piękna... Żeby Wam to ułatwić, poniżej wklejam cały album Otta. Włączcie go, zapalcie świece, a zgaście światło i zanurzcie się się w tej muzie...
Dzisiaj post nieksiążkowy ;) Zmieniając perfumy letnie na te bardziej jesienno-zimowe, doszłam do wniosku, że może warto by mój zbiór gdzieś utrwalić i zrobić z tego taki przyjemny, lekki wpis. I o tym dzisiaj. Flakonów mam kilka, o różnym stopniu zużycia i różnych nutach zapachowych. Czy to dużo czy mało? Nie mnie oceniać ;) Ale jednak dążę do tego, żeby zużyć to, co mam i mieć na stanie ze trzy, cztery na różne okazje. Perfumy mam różne i nie trzymam się jednej kategorii, stąd są tu cytrusy, szypry, akordy skórzane i słodkie. Może tylko stricte kwiatowych unikam... Nie ma reguły. Szczęśliwie dotąd nie trafiłam na żaden zapachowy niewypał. Poniżej zdjęcia moich zbiorów. Nie będę o nich szczegółowo opowiadała, ponieważ wszystko o nich można znaleźć w sieci i poczytać.
Zdjęcie grupowe moich perfum ;)
Od lewej: Cacharel Liberte, D&G Light Blue, DKNY Women, Elizabeth Arden 5th Avenue, Boss Orange
Reprezentacja CK; od lewej: CK IN2U, Contradiction, Down Town
Od lewej: Jimmy Choo, Moschino Funny!, Armani Acqua di Gioia Essenza
Wielka trójka, czyli ulubienicy! Od lewej: Guerlain Aqua Allegoria Limon Verde, Bottega Veneta, Roberto Cavalli
Wszystko Chloe :) Od lewej: L'Eau de Chloe, See by Chloe Eau Fraiche, Love Story, See by Chloe
Od lewej: Versace Versense, Oriflame Power Woman, Oriflame Lady Avebury, Cacharel Amor Amor
Słodkie maleństwa, czyli miniaturki. Od lewej: Tous, Marc Jacobs, Calvin Klein, Chloe